
Świat się zmienia, wciąż idzie na przód, jednak my wciąż stoimy w miejscu…
Kończy się noc, nadchodzi nowy dzień, po środku wszystkiego stoi samotny człowiek z dumnie uniesioną głową czeka na pojawienie się pierwszych promieni słońca. Czy zrobi krok na przód wychodząc naprzeciw ciepłemu muśnięciu na twarzy, czy też pozostanie w miejscu niewzruszony niczym głaz pozwalając, aby świat sam dokonał za niego wyboru? Czy bawiąc się wiatrem można wywołać huragan? Czy biegnąc w deszczu można zmoknąć tak samo co stojąc nieruchomo w miejscu? Setki pytań i żadnej odpowiedzi, tylko nasuwające się coraz to kolejne pytania…
Czasami tak nie wiele trzeba dla dobrego nastroju…
Nie zadzwonię, nie zapukam, nie będę też czekała, aż ktoś otworzy drzwi, sama naduszę na klamkę i wejdę pewnym krokiem, potem stanę rozlejże się dookoła sprawdzę w jakim stopniu zapamiętałam to miejsce, starając się przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. Mówią, że ludzie się zmieniają, ja widzę w lustrze ciągle tę samą twarz, chociaż wiem, że nie o takie zmiany chodzi…
Jedno jest pewne, dobrze jest mieć klucz schowany pod wycieraczką…
Nie lubię ludzi którzy pouczają innych co mją robić, lub jak żyć, a którzy sami nie zauważają własnych błędów, być może uważają, ze takowych nie posiadają? Odwieczna zagadka, której chyba nigdy nie da się rozwiązać… To samo uważam o tych którzy przy tobie zachowują się zupełnie inaczej niż, kiedy tylko w pobliożu znajdzie się ktoś znajomy, dwulicowość? Głupota? A może ze mną jest coś nie tak, może się nie znam, albo gdzieś się zagubiłam i nie mam zielonego pojęcia jakie jest życie…
Szczerze mam to gdzieś…
W końcu przyszedł wieczór, długo wyczekiwana chwila ulgi po całodziennych gorącu i zaduchu, wieczorne powietrze ma w sobie to coś czego nie ma za dnia, jedyna chwila kiedy można głęboko odetchnąć prawdziwym pełnym orzeźwieniem, niby taka zwykłą błachostka, a tak cieszy…
Pora spać jutro rano pobudka wsześnie rano, może znowu zobaczę mgłę unoszącą się nad łąkami…
Wstając rano nigdy nie potrafię uwolnić się od wszelakich narzekań na co tylko się da, dlaczego na przykład nie mogę sobie odpuścić, zrobić coś inaczej, jednym małym gestem, jedną decyzją zmienić bieg nadchodzącego dnia, jednak nie ma nic piękniejszego niż widok mlecznej mgły unoszącej się nad łąkami o 5 rano i te pierwsze blade słabe niczym pajęczyna promienie słońca próbujące się rozpaczliwie przebić przez mglostą zasłonę, świat wygląda jak wyrwany z bajki, z jakiejś niedokończonej kiedyś historii, właśnie dla takich chwil warto zapomnieć o wszelkich złych myślach kłębiących się w głowie…
Miałam zamiar napisać więcej, ale wszystkie mysli uciekły gdzieś w popłochu…
Wyjdę z psem na spacer może je odnajdę…
Ostatnimi czasu dużo rozmyślałam, nad wszystkim nad czym tylko się dało, ale najbardziej chyba nad tym, że biorę się za coś, ale nigdy nie potrafię dociągnąć tego do końca, chodzi mi dokładnie o bloga o to właśnie miejsce moich wywodów, które tak chamsko ostatnio potraktowałam, o ile można to tak łagodnie ująć, wyszłam zamknęłam drzwi , a klucz wrzuciłam pod wycieraczkę. Już nie raz tak robiłam , pisałam, a potem nagle nie wiadomo jak i kiedy odchodziłam, znikałam, żeby pojawić się też nie wiadomo kiedy i zdawało by się po co, ale się zjawiałam, widać sentyment mam we krwi…
Udało mi się spełnić kilka postanowień, między innymi mam Internet, dzięki czemu mogę wylegiwać się w łóżku z laptopem na kolanach i buszować po sieci, bez wielkiego proszenia się o chociażby 5 minut sprawdzenia głupiej poczty… Tak więc leżę sobie i nic nie robię, wiatr wpada do pokoju przez wiecznie otwarte okno pozwalając delektować się orzeźwiającą bryzą wieczornego, no już nocnego powietrza, a w dzień tak pięknie pachnie akacja i kasztany, o świeżo skoszonej trawie nie wspomnę, chociaż ostatnio trawniki nieco się zapuściły, ale to chyba za sprawą deszczu, ale za to kwietniki prezentują się cudownie.
Postanowiłam od czasu do czasu tutaj zaglądać , jak tylko najdzie mnie chęć spisania tego co akurat kłębi się w mojej głowie, nie ważne, czy ktoś będzie to czytał czy nie, to już szczerze powiedziawszy przestało mnie już interesować…(Nie chodzi mi tutaj o tych którzy kiedykolwiek tu zaglądali, tym byłam i jestem wdzięczna)
Tak poza tym dzisiaj są moje urodziny, a miał być podobno koniec świata…
W powietrzu już na dobre czuć zapach wiosny, wiatr niesie ją ze sobą pozwalając, żeby wszyscy dookoła mogi się nią pożądnie nacieszyć i podziwiać jak najdokładniej, pączki na drzewach cieszą bardziej niż promienie słońca, a dzień coraz oporniej ustępuje nocy...
Ciągle czekam na podłączenie internetu do mojego laptopa, ale coś zawsze mi w tym przeszkodzi...Przychodzę i odchodzę, tak nagle czasami nieświadomie...
Jestem cholernie sentymentalna...
No i znowu mamy piątek, jak ten czas leci, ale nawet dobrze niech leci każdy następny dzień zbliża nas do wiosny, tej prawdziwej wiosny…Cieszy mnie, że jutro będę mogła sobie dłużej pospać, bez telefonu ustawionym na budzenie na poduszce, bez tego wrednego budzenia się kilkakrotnie w nocy z umysłem nastawionym na czuwanie, potem okazuje się, że ta ostatnia pobudka jest dokładnie minutę przez czasem, a ty masz wrażenie, że całą noc nie zmrużyłeś oka…Zostałam szczęśliwą właścicielką laptopa niestety pierwsze dni użytkowania przyczyniły się do wykrycia pewnej fabrycznej usterki ( mówiąc zrozumiale Cd Rom okazał się do D…) tak więc zmuszona byłam zgłosić go do reklamacji i już ponad tydzień czekam, a serwisant powoli zaczyna się chować kiedy mnie widzi wiem pewnie ktoś mi powie ,,a czegoś się spodziewała, że zrobią to na miejscu?” ale trudno, tak więc na razie korzystając z dobroci siostry, która uznała iż skoro ja mam laptop to komputer teraz należy do niej mam możliwość od czasu do czasu tak z doskoku dobrać się do komputera, z czasem też pomyślę o podłączeniu sobie Internetu, ale na wszystko przyjdzie czas… Teraz jest czas na relax na uspokojenie nerwów i wyciszenie umysłu, mam na to dwa dni…
Nigdy nie wiadomo co kryje się za drzwiami, nawet jeżeli dopiero co je zamknęliśmy, czy możemy być w 100% pewni tego co za nimi znajdziemy?...
Czasami boję się swoich myśli, tego, że jak chce je spisać uciekają, albo nie są już takie same jak w chwili kiedy kłębiły się w moim umyśle, boję się, że robiąc sobie przerwy gubię to co chciałam zachować, nigdy nie potrafiłam dociągnąć czegoś do końca, zawsze kiedy tylko pojawiał się problem przeszkoda rezygnowałam usuwałam się w cień tak cicho i niezauważalnie, że nikt nigdy tego nie zauważał, może to i lepiej…
Jedno jest pewne myślałam , że porzucę bloga sama nie wiedząc czemu, ale zrozumiałam, że jest on dla mnie jak promień słońca w mroźne pochmurne dni…
Dobrze jest mieć takie swoje miejsce, taki swój jesienny park...
Patrzę w kalendarz i wyrywam kolejne kartki minionych chwil, a czas leci i leci nieubłaganie i nie w myśli mu zatrzymać się chociaż na chwilę…
Znowu stoję przed drzwiami, niby zwykłymi , a tak innymi od pozostałych, stoję i zastanawiam się czy zapukać, czy nadusić na dzwonek, a może po prostu odejść, wycofać się, pozwolić, aby te zamknięte, drzwi, dalej takimi zostały, mam klucz, pasujący do tego zamka, ale czy ma sens wyciągać go z kieszeni?
Dawno nie pisałam, pojecie względne, w końcu każdy ma inne rozumowanie czasu, ale fakt faktem drzwi długo były zamknięte… Jakiś czas temu całkiem przypadkowo zauważyłam, że noszę w torebce stary zeszyt z rozmaitymi szpargałami, czasami otwieram go na całkiem przypadkowej stronie i zapisuję jakąś krótką myśl, a potem zamykam, następnym razem otwierając na innej i innej itd…
Czasami zastanawiam się dlaczego w ogóle zaczęłam pisać jednocześnie zastanawiając się jak mogę bez tego żyć potem koło się zamyka… Myślałam, że przez ten miesiąc jakoś zapomnę, że się z tego wyleczę, porzuciłam bloga w sumie ze swojej własnej winy, a może nie porzuciłam?... Niekiedy brak czasu, potem siostra w ogóle na jakiś czas odcięła mnie od komputera, w końcu zapomniałam, porzuciłam, czasami wydaje mi się, że nie potrafię już pisać, albo, że dopiero długi czas pozwala mi na odzyskanie formy…Nieważne…
Tak więc stoję przed drzwiami trzymając w ręce klucz zastanawiając się czy go użyć czy też nie…
To nie zima lecz wciąż jesień,
A już śnieg ze sobą niesie,
Ledwie liście pospadały,
A już świat się zrobił biały,
Ludzie wielce zszokowani ,
Odgarniają śnieg nocami,
Lecz nie wszystkim jest we smak,
Być ze szuflą za pan brat,
Tak więc od samego rana,
Brodząc w śniegu po kolana,
Przedzierając się zaspami,
Kluczę ślepo uliczkami,
Poszukując bez efektu,
Pozytywnych w tym aspektów,
Lecz się jeden przypałętał,
Jejku przecież idą święta!
Dzisiejszy dzień minął pod znakiem całego dnia u babci, spędzonego na pogaduchach o byle czym i obgadywaniu świątecznego menu, gdyż babcia twardo orzekła, że tegoroczne święta odbywają się u niej, zresztą jak co roku, za to Wielkanoc jak co roku u nas…
Mama z babcią miały wielką radochę znalazłszy stare z biesiadnymi piosenkami, od śląskich, po niemieckie i zwykłe weselne a ile starych wspomnień i historii to w nich obudziło, sama bym się tego nie spodziewała, cóż nie jestem miłośniczką biesiad, ale obie panie po prostu czuły się jak ryby w wodzie…
Udało mi się też powysyłać pocztówki z życzeniami, może to wyda się śmieszne, ale po raz pierwszy nikt nie musiał mi o tym przypominać…
Też mam się czym chwalić…